fbpx
Bez kategorii Felieton Młode Miasto Społeczeństwo

Odpowiedź brzmi „nie wiem”, choć się domyślam. Przygody JEDNEGO z DZIESIĘCIU.

Jeden z Dziesięciu, z Dziesięciu Jeden, tutaj wykazać możesz swą wiedzę, a jeśli trafisz na los szczęśliwy, to całą Polskę zadziwisz – słyszymy w chyba jedynej piosence o teleturnieju, w którym wziąłem udział. Jak to było?

W kwietniu 2021 Internet obiegła opinia, jakoby najdłużej emitowany teleturniej w Polsce, wkrótce zniknął z anteny. Nie pozostałem wobec tej informacji bierny. Uznałem, że program, którego bałem się w dzieciństwie; a który oglądałem w dzieciństwie — wypadałoby odwiedzić, jeśli tylko będzie taka możliwość.

Była.

Wysłałem zgłoszenie e-mailem. Wkrótce dostałem odpowiedź:

Tego zdjęcia i tak nie zobaczycie, ale tu widać, jak zapraszają mnie na eliminacje do programu, które mają odbyć się w Warszawie.

W tym czasie musiałem pochłonąć encyklopedie, słowniki, poczet królów i książąt, wszystkie postaci z Mody na Sukces, układ okresowy pierwiastków. Ale tego nie zrobiłem. Obejrzałem kilka odcinków i wyruszyłem na casting.

Gdy już dojechałem do jednej z warszawskich szkół, w międzyczasie myląc drzwi, podpisałem różne zgody, usiadłem naprzeciw pracownika produkcji. Ten zadał mi kilka pytań. Zapytano między innymi:

  • Jaki kształt ma „tondo” – obraz bądź płaskorzeźba?
  • Który wulkan wybuchł w 79 roku?
  • Jaki kształt ma znak STOP?
  • Które ze znaków zodiaku nie są zwierzętami?
  • Kto był pierwszym dowódcą 1 Dywizji Pancernej?
  • Jak nazywa się z greki skłonność do wymyślania i mówienia nieprawdy?
  • Jak nazywa się figura przestrzenna, którą zawiera się w cylindrze?

Pytań było 20.

Miły pan, gdy już odpowiedziałem na większość z nich (a ze stresu można było zapomnieć nawet własnego nazwiska), powiedział – jak mawia klasyk – okej, zadzwonimy do Pana. Tylko że ja mam telefon. Zadzwonili. 🙂 A potem wysłali e-mail.

Czy do tego programu można się przygotować?

Ja próbowałem. Szukałem nawet tej enigmatycznej bazy pytań. Oglądałem odcinki programu tak często, jak tylko mogłem. To prawda, że czasem pytania się powtarzają. I w moim odcinku powtórzyło się co najmniej jedno pytanie. Zdaje się, że miał je pan z numerem 1.

Odkąd tylko było jasne, że wezmę udział w programie, szukałem w Google odpowiedzi na każde pytanie, jakie tylko przyszło mi do głowy. Czasem naprawdę szukałem głupot, ale nigdzie nie było powiedziane, że nie trafię akurat takiego pytania!

Czy nagrania są naprawdę takie straszne?

Są. Problemy pojawiają się jeszcze przed dotarciem do Lublina, bo tam nagrywany jest program. Samo dotarcie do stolicy województwa lubelskiego może być problemem ze względu na średniej jakości skomunikowanie z Warszawą (o Ostródzie nawet nie wspomnę). Drugim problemem było znalezienie toalety na dworcu, gdy ma się tylko pieniądze na koncie, a nie w gotówce. Swoją drogą – 3 złote za toaletę to trochę przesada.

Naszym zadaniem po dotarciu na dworzec, było przeczekanie do odpowiedniej godziny przy kasie. Stamtąd odebrał nas pan Krzysztof, producent.

Potem zostaliśmy zapakowani do taksówki i ruszyliśmy na nagranie. Wtedy narodził mi się pewien plan, o którym za chwilę.

Kilkanaście minut później stanęliśmy u drzwi oddziału regionalnego TVP. Wysłano nas do poczekalni, gdzie wypełniliśmy ankiety, wnioski o zwrot kosztów i wylosowaliśmy numery stanowisk, do jakich nas przypisano.

Pan z numerem dziewięć.

Chociaż liczyłem na któryś początkowy, dostałem przedostatni. Ucieszyłem się nawet, nie od dziś wiadomo, że ostatni będą pierwszymi. Potem schodami w dół zesłano nas w kierunku garderób i charakteryzatorni.

W związku z tym, że bardzo lubię mieć wszystko przy sobie, zabrałem garderobę na tydzień, na wypadek, gdyby mi się tam spodobało. I dobrze zrobiłem.

Jeden z współuczestników nie miał paska do spodni, a te były ewidentnie za luźne. Przybyłem z odsieczą.

Ja postawiłem na outfit, z którym jestem kojarzony. T-shirt i szelki. Tym razem żółte. Potem trochę tego pożałowałem, bo w studiu było mi naprawdę zimno.

Przed samą rozgrywką jeszcze wymienialiśmy się myślami, wspominaliśmy najciekawsze sytuacje z odcinków, które oglądaliśmy. Śmieliśmy się z tak zwanych wizytówek, czyli krótkich autocharakterystyk na początku każdego odcinka. Byłem głównym prowadzącym te rozmowy. Tak, wiecie, że może jak mnie zapamiętają, to nie będą mnie chcieli wyznaczać w drugim etapie, jeśli w ogóle do niego dotrwam.

Gdy tak siedzieliśmy, usłyszeliśmy optymistyczne dzień dobry.

– To chyba ta mityczna pani Sylwia, co? – powiedział jeden z uczestników.

To faktycznie była ona. Blondynka rozdająca nagrody na końcu każdego odcinka.

W międzyczasie każdy z nas był pudrowany, bardzo miła Pani poprawiała nam włoski i rozśmieszała, aby jeszcze bardziej rozładować nerwową atmosferę. Potem zaproszono nas do studia.

Wypłynąłem na suchego przestwór oceanu (gdybym był przed nagraniem, upewniłbym się, czy to na pewno Mickiewicz to napisał). Ostrzeżono nas, że w środku studia jest taka duża dziura. Zaznaczono, żeby uważać, bo szkoda by było wpaść i zrobić sobie krzywdę. Potem usiedliśmy na swoich miejscach.

źródło zdjęcia: https://www.fakt.pl/kobieta/plotki/kompromitujaca-wpadka-organizatorow-1-z-1

Na zdjęciu powyżej studio wygląda na pokaźną halę, ale naprawdę to trochę większa klasopracownia z plastikiem i tanią tkaniną z obrazkami, podświetlona z tyłu LEDami. Wiele niewielkich redakcji mogłoby produkować ten program – śmiem twierdzić, że nawet nasza.

Dzień dobry panie redaktorze, dzień dobry panie reżyserze.

Usłyszeliśmy po tym, gdy pan Tadeusz Sznuk, podawszy rękę każdemu z operatorów, zajął swoje miejsce. Ale tylko na chwilę. Gdy nam podłączano mikroporty, sprawdzano dźwięk, prowadzący sprawdzał bazę pytań, potem zaproszono go na mały make-up.

My w tym czasie nagrywaliśmy wizytówki. Uczestniczka, która pracuje w muzeum bombek choinkowych spotkała się z drobną barierą. Pani z produkcji zapytała, czy to nazwa własna. Uczestniczka powiedziała, że częściowo tak – w nazwie pospolitej zawiera się też nazwa własna, wszak brzmi ona „Muzeum Bombki Choinkowej w Nowej Dębie”. Producentka odrzekła, że w takim razie musi poprosić o zmianę wizytówki, bo nie może ona zawierać znamion kryptoreklamy.

– Sio! Bądźmy rozważni, ale nie bądźmy śmieszni! – krzyknął, energicznie wstając, Tadeusz Sznuk.

– Jakiś czas temu był u nas pan, który pracuje w takim zwykłym muzeum, z obrazami. I on powiedział, że pracuje w muzeum. I w czym to się różni, że on mógł powiedzieć, że pracuje w muzeum, a Pani nie może?

Zaimponowało mi to, nie ukrywam. Fajnie, że prowadzący ma taki wpływ na proces produkcji. Zaimponowało mi też twarde stanowisko.

Aż w końcu doszliśmy do mojej wizytówki.

Sebastian Radzimiński… I co dalej?

Kilka razy musiałem wyartykułować to, co sobie zamierzyłem. Mimo doświadczenia z kamerą, nie szło łatwo. Nagraliśmy dwie wizytówki – zawsze się tak robi. Krótszą wkleja się, kiedy długi jest drugi i trzeci etap, długą wtedy, gdy potrzeba przedłużyć program, bo gracze padają jak muchy.

W jednej powiedziałem standardowe – Sebastian Radzimiński, uczeń technikum z Ostródy. Druga zaś była wynikiem obietnicy.

Obietnicy dotrzymałem. To tylko od produkcji zależało, której wizytówki użyją…

Robimy próbę świateł i będziemy zaczynać.

Kiedy Pan Tadeusz Sznuk już zasiadł na dobre na swoim krzesełku, po kolei zapytał wszystkich, czy dobrze go słyszą, zapytał tak pokrótce czym się zajmujemy, skąd przyjechaliśmy. Niektórym powiedział, że kojarzy ich miejscowość. Przeprosił też za swoją stanowczą uwagę. Stwierdził, że przed pierwszą kawą jest nieco nerwowy, potem się uśmiechnął i powiedział, że potem jest już lepiej. A w mojej głowie tylko myśl… No tak, są trzy kamery. wszystkie patrzą na uczestników, gdzie jest czwarta, która patrzy na prowadzącego? Zboczenie zawodowe. Zawsze zwracam uwagę na takie rzeczy. W teatrze muzycznym przez cały spektakl obserwowałem, który kanał odpowiada za mikroport którego aktora. To męczy tak, jak źle dobrany stanik męczy na plaży brafitterkę. Wkrótce potem zgasły światła, by za chwile znów się zapalić.

Po prostu — dzień dobry.

Zawiodłem się, naprawdę! Liczyłem, że na żywo usłyszę tududududududu du du du duuuum, a potem dopiero — dzień dobry, Jeden z Dziesięciu. Szybko musiałem przełknąć tę gorycz, bo zbliżała się moja kolej.

Ale zanim, prowadzący szybko wtrącił, że teraz będą wmontowane nasze wizytówki.

I padło pierwsze pytanie, a potem kolejne i kolejne. W pewnym momencie, w pytaniu, gdzie padła odpowiedź: katolicyzm… chrześcijaństwo, nagranie zostało przerwane. Zawsze, kiedy są jakieś wątpliwości, można przerwać nagranie i produkcja sprawdza, czy można uznać daną odpowiedź. Tej nie można było, wobec tego trzeba było zrobić dubel, a uczestnik – musiał udzielić złej odpowiedzi i udawać zdziwionego. 😛 Przerwa trwała kilka minut, żartowaliśmy w tym czasie, rozmawialiśmy i obserwowaliśmy.

Do drugiego etapu przeszło dziewięcioro uczestników…

Nie ma co ukrywać, trafiłem na łatwe pytania. Kiedy w telewizji widać jingiel, przenoszący nas do drugiego etapu, podbiega zaufana osoba, wymienia karty z pytaniami i gra toczy się dalej. No nie dla wszystkich.

Miałem taką zasadę – która trochę mnie zgubiła – że nie wyznaczę osób, z którymi siedziałem w taksówce. Kiedy miałem możliwość wyznaczyć, jednak oddałem pytanie, co bardzo często jest negatywnie komentowane przez forumowiczów 1 z 10. Wówczas takiej wiedzy nie miałem.

Nawet najprostsze pytania mogą w programie sprawić ogromną trudność. Emocje są takie, że można źle się przedstawić. Nie dziwię się więc słynnemu więcej niż jedno zwierzę czy jak z francuskiego nazywa się nadwozie samochodu? Trafiłem na proste pytania, ale nie skojarzyłem odpowiedzi na nie. Uwaliłem – kolokwialnie mówiąc – na pytaniach z dziedzin, w których czuję się mocny. Pytanie muzyczne zebrało swoje żniwo, podobnie jak literatura. No dobra, pytanie z historii było dla mnie trudne. W życiu nie skojarzyłbym, że chodziło o taką postać jak Kazimierz Bartel. W głowie miałem wszystkie nazwiska, włącznie z Michaelem Jacksonem, Dżoaną Krupą i Romanem Dmowskim. Pan Kleks mi nie przyszedł na myśl, choć mógłby w innym pytaniu.

W połowie II etapu zgasłem.

Doprowadził do tego uczestnik, którego nie chciałem wyznaczać. Chyba zabiły mnie sentymenty.

Doczekałem razem z pozostałymi uczestnikami do momentu, aż zostaną wyłonieni finaliści. Potem była przerwa, zabrano nasze mikroporty i podziękowano. Tylko kątem oka, wychodząc, zobaczyłem jak stanowiska przechodzą szybką transformację, jak zakłada się im guziki.

Potem zaproszono nas po zwrot pieniędzy za podróż i odwieziono na dworzec.
Przygoda się skończyła. Aha! Zanim wyszedłem z oddziału TVP, musiałem przypomnieć jeszcze uczestnikowi, że ma mój pasek. Oddał, chociaż zapomniał.

Na dworcu emocje zaczęły schodzić, ale z ciekawości wykonałem telefon do eksperta z dziedziny historii.

– Dzień dobry, kto był premierem po przewrocie majowym w ’26 roku?

Odpowiedziała mi cisza. Dobrze wiem, że między ciszą a ciszą sprawy się kołyszą.

– Czekaj, Seba, ja wiem, ale muszę pomyśleć!

Dobrze wiem, że ekspert wiedział, tylko w duchu odliczyłem od trzech do jednego i tamże odegrałem dźwięk „czas upłynął”. W końcu uzyskałem odpowiedź, że Bartel przecież! No przecież.

Tam wygrywa każdy i nie wygrywa nic.

Wniosek jest taki, że wygrałem, mimo że nie doszedłem nawet do finału. Spełniłem jedno z małych marzeń. Pokazałem w telewizji, że Prowincja też coś znaczy, też chce, też ma marzenia, też potrafi je spełniać.

Pokazałem, że siła w młodych, że nie ma się czego bać i jak się chce, to można.

Jednocześnie trochę zrobiło się przykro, bo laureat wygrywa 5 000zł. To jak setka na trzech, czyli całe nic. 5 000zł za czystą wiedzę i trochę szczęścia? To często lata obserwacji świata, czytania książek i poświęcenia naprawdę dużej części życia na odkrywanie tego, co nas otacza.

Czy warto było? Warto.

Autor

%d bloggers like this: