fbpx
Felieton

Ja, prowincjusz

Za minionymi latami, miesiącami i dniami była sobie szkoła, a w tej szkole…  nowy rocznik tysiąc dziewięćset pięćdziesiąty któryś rozpoczynał edukację.

Na prośbę pani, dzieci po kolei przedstawiały się wzajemnie.

– Jak się nazywasz? – zwraca się do dziewczynki w granatowym fartuszku.

– Ela Kowalczyk, proszę pani.
– Dziękuję, a ty? – wskazuje głową następną osobę.

– Jadzia Pałka – pada odpowiedź.

Bolesław Boik, Marysia Dychto, Jadwiga Peska, Włodek Białkowski, Antek Waszendize  – padają nazwiska, a pani uważnie przygląda się każdemu dziecku, jakby chciała wyczytać z ich twarzy kim są.

– Jan Nowacki, Włodzimierz Nowacki.

– To wy jesteście braćmi? – zaciekawiła się pani.

– Nie – mówi jeden z nich. – On mieszka na innej ulicy.

– A ty, jak się nazywasz? – mówi pani, stając przy kolejnej ławce.

Z ławki wysuwa się niewielkiego wzrostu chłopiec o pucułowatej buzi i z zadziorną czupryną.

– To jak się nazywasz? – dopytuje pani.

– …

– Chociaż powiedz, jak do ciebie mówią rodzice.

– Dzidziuś, proszę pani.

Klasa zaczyna chichotać, a pani pyta następnego ucznia. Jerzy Lipowicz, Jan Wilczek, Andrzej Zupka, Tadek Brzozowski, Miron Sztajnert, Wojtek Mokracki… sypią się kolejne nazwiska.

– Rysiek Walasek, ale dziadek mówią, że powinno się mówić inaczej.

– To jak, powiedz – odezwał się Zupka.

– Nie pamiętam, Łoles, czy jakoś tak.

Najważniejsze, że wszystkie nazwiska mówią po polsku – zaczęła pani. – Kiedy troszkę  podrośniecie, to opowiem, skąd się one wzięły – dokończyła.  Nie dane było jej dokończyć tej lekcji. Nasza Pani, Celina Góral, odeszła nim „podrośliśmy troszeczkę”.


Inna szkoła, inne miasto i ulice, a na nich różne twarze. Brązowe, czarne, jakby żółte, płaskie lub z wydatnymi wargami czy nosami, ludzie duzi i mali, a nazwiska i języki też różne i tak samo kolorowe jak oni. Po kilku tygodniach nawet rozpoznajemy niektóre z nich. Stały się zwyczajne, codzienne. Tak, jak mój pierwszy garnitur – przepraszam – obowiązkowy mundurek szkolny. Granatowy, z zielonymi lamówkami na marynarce i spodniach.

Jeszcze wówczas nie wiedziałem, że moim kolegą będzie Syryjczyk (uparcie swatał mnie ze swoja siostrą), że kiedy będziemy opuszczać mury Naszej Szkoły, każdy z nas dostanie na zawsze specjalne niewidzialne zaklęcie, które będzie otwierać przed nami wszystkie drzwi.

Stanąłem przed barierką w dziale kadr. Pani przy biurku coś pisała.

– A ty co? Do pracy chciałbyś?

– Aha – odpowiadam rezolutnie.

– Podanie i świadectwo ukończenia masz?

– Proszę.

Nawet nie spojrzała na podane dokumenty.

– Z jakiej jesteś szkoły?

– Z technikum budowlanego…

– Domyślam się – pada stwierdzenie. – No, powiesz wreszcie z którego?

– Od Hałamejki, proszę pani.

– Widzisz, od tego trzeba było zacząć. Jutro o 7:00 zgłosisz się…

Nic więcej nie trzeba było mówić i choćby nie wiem ilu było chętnych na jedno miejsce, zawsze dostawał je ten, który wypowiedział to zaklęcie: jestem od Hałamejki. Podobno nawet egzaminatorzy wyższych uczelni dorzucali zdającemu jakiś uśmiechnięty punkcik. Ale to chyba plotki. Kto to ów Hałamejko? – dyro Naszej Szkoły i Żyd, dla którego szkoła była sensem życia.

Dyr. Mikołaj Hałamejko, https://zsbt-lodz.pl

Na razie minęły kolejne wakacje, a duża przerwa dobiegała końca. Rogal opowiadał grupie chłopaków o ostatnim dniu wakacji, kiedy rozległ się dzwonek. Nie śpiesząc się wchodziliśmy do klasy, a za nami historyk zamykał drzwi.

– Rogalski, nie krępuj się, dokończ opowiadanie. Wszyscy jesteśmy ciekawi  twoich wakacyjnych przygód. 

Szybko domyśliliśmy się, że psor musiał coś usłyszeć.

– E tam, panie psorze, to nic takiego.

– No, opowiadaj Rogalski. Opowiadaj.

Rogal niepewnie rozejrzał się po klasie, jakoś skurczył się w sobie (miał 1,84 m wysokości).

– To było tydzień już temu. Nie ma co opowiadać – próbował odwlec odpowiedź.

– Nie żartuj Rogalski. Widziałem, może nie wszystkich, ale takich zasłuchanych. No, opowiadaj.

– Szliśmy z kolegą – zaczął Rogal – do kina. Koło stadionu przyplątało się kilku wesołków z   innego miasta. Pewnie przyjechali na mecz. Zaczepiali naszych, stojących w kolejce po bilety. W jakimś momencie zobaczyli nas i jeden z nich zaczął coś majaczyć o prowincjuszach, a drugi pchnął kumpla. Tego było za wiele. Dostał raz w dynię, a reszta cwaniaczków dała nogę. 

– Proszę, proszę. Piękny akcencik na koniec wakacji.

– No właśnie, panie psorze – tłumaczył Rogal – to było jeszcze w czasie wakacji.

– Prawda, prawda – rozległo się w klasie.

– To co to był za mecz i kiedy? – zapytał jakby od niechcenia historyk. – Rozumiem. Masz szczęście, że nie w ciągu roku. Mam dla ciebie propozycję. Na czwartek przygotujesz opracowanie takich tematów – to mówiąc, pisał na tablicy – a) prowincja, b) zaścianek,  c) mała ojczyzna.

– Panie psorze – ktoś z tylnych ławek – tak nie można. Przecież to zdarzyło się w czasie wakacji.

– Właśnie – rozległ się chór.

– Dobrze, obrońcy uciskanego. Wobec tego, żeby nie był taki samotny, to mu pomożecie. Nie zapomnijcie, na czwartek, a teraz do lekcji.

– Jeżu tuptający! Czy to wolno tak męczyć lud na początku roku szkolnego?

– Czyżbym słyszał głos zachęty? Bierzemy się do pracy, mój uciskany ludu.


Trzy dni minęły bardzo szybko.

– Zatem, według was – mówił nauczyciel – prowincja to jednostka administracyjna w niektórych państwach lub część kraju oddalona od stolicy i większych ośrodków kulturalnych. Także tereny opóźnione w rozwoju cywilizacyjnym i kulturalnym, jak i ich mieszkańcy. Jest to lekceważące, ale nie obraźliwe i jest również sygnałem dla rządzących, że na tych  rejonach należy skupić wysiłek naprawczy. 

Zaścianek, była to w dawnej Polsce wieś zamieszkana przez ubogą szlachtę, pozbawioną z różnych powodów poddanych (jak nazwa wskazuje, zwaną zaściankową). Wyróżniał ją patriotyzm, religijność, wielkie przywiązanie do  tradycji rycerskich i do ziemi. Nazwa prawdopodobnie wzięła się od oddzielenia chłopskiej części wsi od szlacheckiej taką  niewidzialną ścianą. Oczywiście, podobnie jak poprzednio, oznacza również środowisko zacofane pod jakimś względem. Trzeba tu zaznaczyć, że na krańcach wschodnich terenów po okresach powstań – listopadowego i styczniowego (1831 i 1864) – wiele drobnej szlachty zostało pozbawionych majątków za pomoc powstańcom, za polskość. Nazywano ich „odnodworcami”, gdyż pozostawiano im budynek, dworek, w którym mieszkali, a reszta ulegała konfiskacie. Rację ma wasz kolega Janczak, że takie tereny to nasze „małe ojczyzny”. Brawo. Świetna robota, chociaż… Ale zanim o tym, to jeszcze muszę pochwalić Stasia Maślankę za poetycki wtręt z „Pana Tadeusza”.

– Panie psorze, ale jednak jest takie obraźliwe powiedzenie.

– Tak. Słucham.

– Mówi się, że temu czy innemu wystaje słoma z butów.

– Na tę chwilę powiem, że nie masz racji.

– Jak to?

– Najpierw dokończymy nasz temat. Otóż sądziłem, że włożycie troszkę wysiłku i odnajdziecie zasadniczą i jakby wspólną na dziś tezę wszystkich zaproponowanych tematów. Cóż, pewnie jeszcze nie do końca wróciliście z wakacji.

– To najpierw nas pan chwali – włączyła się do dyskusji Zdzisia – a teraz chce nam pan powiedzieć, że spartoliliśmy sprawę?

– Może nie aż tak ostro, ale nikt z was nie wspomniał o indywidualnym Ja mieszkańców. To znaczy o tym, że owo wewnętrzne, egoistyczne Ja dotyczy także w równej mierze osób zamieszkujących tereny, o których pisaliście, jak również i tych, których niby te definicje nie dotyczą.

– Zaraz – Zdzisia Bartczak nie dawała za wygraną. – Chce pan powiedzieć, że także nas? Czy też mieszkańców Warszawy, Krakowa, Gdańska albo Szczecina?

– Właśnie to miałem na myśli.

– To znaczy – podsumował Koziołek, czyli Włodek Kozłowski – że Rogal przyłożył takim samym prowincjuszom jak on sam.

– Ty, Kozioł, przyciąć ci rogów? – rozległ się głośny szept.

– Te małe ojczyzny, zaścianki, prowincje – kontynuował historyk – są dla jednych przekleństwem, dla innych fascynacją, rzadko kiedy są obojętne, czy to za sprawą zapóźnienia gospodarczego czy kulturalnego. Otóż prawdziwym problemem jest nieumiejętność współpracy, lęki i obawy o wszystko. Niejednokrotnie także zawiść i brak wiary w swoje talenty, co pogłębia zacofanie. To powoduje ostracyzm, wykluczenie wobec jednych i niechęć drugich do działania na rzecz czegoś, czego nie ma – społeczności. Na tym właśnie osadza się zwyczajowo nazywana  prowincja czy zaścianek.

To skąd się biorą prowincjusze w dużych miastach? – zastanawiał się Glapa, Włodek Glapski.

– Masz jakiś pomysł? – zapytał nauczyciel.

– Panie profesorze, a co z tą słomą w butach? Obiecał pan.

– Proszę, proszę, jeszcze uwierzę, że historia to wasz ukochany przedmiot. – A po chwili dodał: – Nie zakończyliśmy naszego tematu. Prawda panie Glapski? A słoma, to już inna opowieść.


– Pamiętacie pytania Bartczakówny i Glapskiego?

– Oczywiście, pamiętamy – rozległy się głosy. – Chodziło o prowincję w dużych miastach.

– Właśnie. – Historyk rozejrzał się i jakby z żalem stwierdził: – Coś was mało w klasie. Już przestaliście lubić historię?

– Nie, skądże! Tylko to pierwsza lekcja i dojeżdżający się spóźniają.

– Dobrze, to poczekamy kilka minut. – A po chwili: – Może macie kilka pomysłów, skąd się biorą prowincjusze w dużych ośrodkach?

– Pewnie nie uczyli się historii albo nie umieją czytać – palnął któryś.

– Czy ktoś ma inny pomysł? – spytał nauczyciel i dodał: – Zapiszmy to na tablicy.

– Liczą na to, że ktoś inny załatwi za nich sprawy i zostają z niczym – padła odpowiedź.

– Albo sami nie wiedzą czego chcą – dodał ktoś inny.

– No i taka nasza przypadłość, że jak komuś idzie dobrze, to trzeba mu dokopać, żeby miał tak samo jak ja albo jeszcze gorzej – dorzucił Piotruś.

– Sami widzicie, że właściwie to znamy odpowiedzi. –  Odrzekł historyk.

– Oho! – przerwał, spoglądając na otwierające się drzwi klasy. – Mamy naszych spóźnialskich. Siadajcie.

Po minucie małego rozgardiaszu.

– Skoro są już wszyscy, spróbujmy podsumować. 

– Nasze wewnętrzne Ja – zaczął – przy każdej nadarzającej się okazji podejmuje negatywne analizy zdarzeń i z reguły: oczekujemy szybkich rezultatów, myślimy o błędach, żyjemy przeszłością, użalając się nad sobą i przestajemy w siebie wierzyć, bojąc się przyszłości. Dlaczego? Bo opieramy się zmianom i wierzymy w swoje słabości, odrzucając swoje talenty.  Bo sądzimy, że mamy coś do stracenia i panicznie boimy się porażki. Ten lęk jest większy niż chęć osiągnięcia sukcesu, więc przyjmujemy porażkę jako sygnał do ucieczki, nie umiemy sobie wyobrazić własnych możliwości, przepracowujemy się, myśląc, że tylko nam się należy, i że to tylko inni mają taki problem. Jak sądzicie, jaki jest wynik?

– Rezygnacja i to, co na tablicy – rzucił Kozioł.

– Czy te Ja ma wpływ na opóźnienie w rozwoju technologicznym lub kulturalnym grupy? –   spytał  nauczyciel. – A może ma tylko destrukcyjny wpływ na jednostki dużego miasta, nie dotykając ogólnie pojętego społeczeństwa lub może jakoś szczególnie dotyczy wyłącznie  terenów odległych i ich mieszkańców, zajętych egoistycznie sobą i swoją małą ojczyzną?

– E, tam – odezwał się Stasio. – Czasami SAMI  lub najczęściej KTOŚ pomaga nam odstawić się na boczny tor.

– Aleś palnął! Dlaczego miałbym sam się…

Zaczęła się niekontrolowana dyskusja klasowa, którą po kilku minutach przerwał nauczyciel, mówiąc: – Jak słyszę, mamy sporą różnicę zdań. Proponuję wam podzielenie się na trzy grupy. Dwie przygotują swoje argumenty, a trzecia na tych podstawach wypracuje wspólną niejako ocenę klasy. To na następnej lekcji, a teraz…

– Słoma – głośno rzekł Glapa.

– Zgoda. Mamy jeszcze kilka minut do przerwy. Historia – zaczął – jak wiecie, zajmuje się…

Ale to już jest całkiem inna historia, jak mawiał J. R. Kipling.


O autorze / O autorce
Wiesław Majewski

Kiedyś budowlaniec, dziś humanista z zacięciem społecznikowskim. Czterdzieści cztery lata praktyki w zawodzie pozwala mi na konstruktywną krytykę wszelkiego rodzaju dziwnych pomysłów z kręgu budownictwa i ich wpływów przekładających się na codzienne bytowanie – każda ze zrealizowanych decyzji wpłynie pozytywnie bądź negatywnie na zdrowie, kulturę, środowisko, wzajemne relacje pojedynczych osób, jak i grup ludzkich.

%d bloggers like this: