fbpx
Opinie Społeczeństwo

5 mitów na temat edukacji seksualnej

W Polsce 87 proc. badanych kobiet spotkało się w swoim życiu z jakąś formą molestowania seksualnego. 37 proc. uczestniczyło w aktywności seksualnej wbrew swojej woli. 23 proc. doświadczyło próby gwałtu, a 22 proc. gwałtu. Tylko 8,7 proc. kobiet nie doświadczyło żadnej formy przemocy seksualnej. Co to ma wspólnego z edukacją seksualną? Bardzo dużo, gdyż temat seksu konsensualnego to jeden z najważniejszych tematów edukacji seksualnej. Brak takiej edukacji tylko ten problem pogłębia. Natomiast obecna próba jej penalizacji cofa nas głęboko w mroki ignorancji, pozostawiając dzieci i młodzież na pastwę Internetu, gdzie przemoc seksualna jest powszechna.

Mówienie o zagrożeniach i niebezpieczeństwach w ramach edukacji seksualnej stanowi jedynie część jej programu. Wiele kwestii poruszanych na takich zajęciach uczy i pokazuje, jak korzystać ze sfery seksualnej w sposób nie tylko odpowiedzialny, ale też przyjemny i rozwojowy. Rozwój jest tu zawsze rozumiany szeroko, jako integracja ciała i sfery emocjonalnej, a czasami nawet duchowej. Żeby to się udało, należy w pierwszej kolejności obalić szkodliwe mity na temat edukacji seksualnej. Naprawdę jest w czym wybierać!

Mit nr 1: Edukacja seksualna prowadzi do wcześniejszej inicjacji seksualnej i rozbudza popęd seksualny.

Co pewnie wielu zdziwi, średnia wieku dla takiej inicjacji w Polsce wynosi 17,4 lat. Zdziwi, bo dzierżymy wiele stereotypów na temat dzisiejszej młodzieży i ich rzekomej rozwiązłości. Oczywiście to tylko średnia, a zatem jest mnóstwo nastolatków, którzy aktywność seksualną podejmują wcześniej. Tyle, że nie jest to wynikiem prowadzenia edukacji seksualnej, ale właśnie jej braku. Jest wiele badań dowodzących, że edukacja seksualna opóźnia wiek rozpoczęcia seksualnej aktywności, a nawet zmniejsza jej częstotliwość. Poprzez promocję wiedzy i technik na temat antykoncepcji, zmniejsza się też ilość niechcianych ciąż, co zdaje się być w interesie każdego rodzica, prawda? Prawdą jest też to, że młodzi odczuwają presję rówieśniczą na jak najszybszą inicjację seksualną. Rzetelna edukacja łączy seks z dojrzałością emocjonalną i przekonuje, że warto poczekać, aż się bardziej rozwinie. Poza tym uczy asertywności, to znaczy mówienia „nie”, kiedy dana osoba nie wyraża takiej chęci i uszanowania tego przez obie strony. Jedyny seks do przyjęcia to taki, który jest dobrowolny. Wszystko, co wykracza poza tę granicę jest przemocą, bez względu na to czy nasz partner jest osobą świeżo poznaną, czy tworzymy z nim stały związek. Bez względu na to, jak się ubieramy i czy pijemy wcześniej alkohol! To samo dotyczy małżeństwa. Nie ma żadnego małżeńskiego obowiązku współżycia! To nie pańszczyzna, ale kwestia wolnego wyboru, a edukacja seksualna pozwala to zrozumieć i stosować w codziennym życiu.

Mit nr. 2: Najlepszym źródłem wiedzy na temat seksu są rodzice.

To mogłoby być nawet zabawne, gdyby nie było traktowane poważnie. Pokolenie dzisiejszych rodziców albo edukacji seksualnej w szkole nie miało w ogóle, albo miało na niskim poziomie w formie „wychowania do życia w rodzinie”. Generalizując, ich wiedza pochodzi albo z Internetu (co samo w sobie nie jest dyskwalifikujące, jeśli ktoś potrafi oddzielić ziarno od plew), od znajomych lub własnych rodziców, jeszcze gorzej wyedukowanych w tym względzie. W efekcie mamy mnóstwo stereotypów, nieporozumień i lęków. Dorośli nie potrafią rozmawiać o seksie między sobą, a co dopiero z własnymi dziećmi. Brakuje im nie tylko wiedzy anatomicznej, ale mają problem ze słownikiem, używając języka zbyt wulgarnego lub zbyt medycznego. Króluje wstyd i wiara w telepatię, to znaczy myślenie, że jak partnerowi zależy, to się w końcu domyśli naszych potrzeb. W przypadku dzieci i młodzieży ważniejsza jest jednak wiedza na temat psychologicznego rozwoju człowieka i w taką – zdecydowanie lepiej, niż przeciętny rodzic – są wyposażeni seksualni edukatorzy. Brakuje zrozumienia, nieoceniającego podejścia, przyjaznej atmosfery przy wielu neutralnych tematach, co dopiero w sferze tak intymnej jak seks. Najczęściej jednak bariera wynika z faktu, że młodzi ludzie zwyczajnie nie chcą na temat własnej seksualności rozmawiać z rodzicami i powinniśmy uszanować ich wybór, a jednocześnie stworzyć warunki do realizacji tej potrzeby gdzie indziej, najlepiej w szkole.

Mit nr 3: Edukacja seksualna prowadzi do deprawacji młodzieży.

Człowiek to istota seksualna i żadne zaklęcia religijne czy ideologiczne tego nie zmienią. Seks nie służy wyłącznie prokreacji, jakby życzyli sobie tego duchowni. Seks może i powinien być źródłem przyjemności. Jeśli rodzice tego nie wiedzą, to należy im współczuć i wysłać ich na edukację seksualną. Seks jednakże nie ogranicza się wyłącznie do wąsko rozumianej satysfakcji cielesnej. Choć jeśli ktoś w ten sposób definiuje tę potrzebę, to ma oczywiście do tego prawo. Seks jednak to coś więcej niż biologia. Ma charakter więziotwórczy, rozwija bliskość, czułość, uważność na druga osobę. Zaspokaja szerokie spektrum potrzeb emocjonalnych. To też jest częścią programu edukacji seksualnej, która stoi w sprzeczności ze skomercjalizowaną, instrumentalną i uprzedmiotawiającą wizją seksu, pochodzącą z przemysłu kulturowego, z pornografią na czele.

Mit nr 4: Edukacja seksualna to promocja ideologii gender i LGTB

Projekt „Stop pedofilii” zakłada to wprost. Przy czym dodatkowo zrównuje LGTB z pedofilią. Jeżeli jest to promocja czegokolwiek, to najprędzej głupoty i uprzedzeń. Rodzice mają prawo wychowywać dzieci zgodnie z własnymi przekonaniami. Szkoła ma jednak obowiązek bezstronnego nauczania, w sposób obiektywny i pluralistyczny, a zatem z poszanowaniem zdania także osób homoseksualnych. Powoływanie się w tym miejscu na światopogląd religijny nie jest wystarczające, bo żaden światopogląd nie uprawnia do dyskryminacji innych. Poza tym, w edukacji seksualnej nic nikomu się nie narzuca, w przeciwieństwie do zajęć katechezy, gdzie straszy się piekłem za homoseksualizm, aborcje i stosowanie antykoncepcji. Jeśli zatem w ramach edukacji seksualnej omawia się np. temat orientacji seksualnej, to nie po to, żeby do niej zachęcać, ale żeby ją lepiej zrozumieć i stworzyć warunki do jej tolerancji. To myślenie zresztą obnaża popularne nieporozumienie, sprowadzające orientację seksualną do kwestii wyboru czy wychowania. Żadne badania tego nie potwierdzają. Naukowcy są zdania, że jest to kwestia biologiczna i rozstrzyga się już w łonie matki. A zatem nie da się jej zmienić w wyniku jakiejkolwiek perswazji.

Mit nr 5: Standardy WHO sugerują naukę masturbacji u przedszkolaków.

Zdementujmy wprost: to nieprawda. WHO opiera się na naukowej obserwacji rozwoju psychoseksualnego człowieka. Zgodnie z tymi badaniami, zainteresowanie własnym ciałem pojawia się już w pierwszych latach życia. Dzieci eksplorują własne ciało, dotykają je i próbują nazywać poszczególne jego części. Z czasem odkrywają, że dotykanie miejsc intymnych sprawia im przyjemność. Dochodzi więc okazjonalnie do stymulacji. Jest to zjawisko naturalne, dość  powszechne i niegroźne. Dla dzieci nie ma ono wymiaru seksualnego, bo dzieci po prostu go nie znają. Rzekoma masturbacja to projekcja rodziców, doszukująca się seksu tam, gdzie są naturalne odruchy. Dobrze prowadzona edukacja seksualna promuje pozytywny stosunek do własnego ciała, który wpływa na poczucie własnej wartości oraz pozwala uniknąć wielu kompleksów i niepotrzebnych lęków, kształtujących się właśnie w pierwszych latach rozwoju dziecka. Nikt dzieci czy młodzieży nie uczy masturbacji, bo też nie ma specjalnie czego uczyć, skoro już niemowlak sobie z tym radzi. Tzw. masturbacja instrumentalna, czyli służąca do regulacji stresu i niepokoju, może i powinna być przedmiotem dyskusji, gdyż może sygnalizować emocjonalne deficyty. To wszystko jednak powinno odbywać się w przyjaznej atmosferze, wolnej od myślenia, że ciało jest czymś złym, a seks grzesznym i wstydliwym. Młodzi ludzie mają prawo do rzetelnej i obiektywnej wiedzy na temat własnej seksualności. Odmawianie im tego prawa godzi nie tylko w ich autonomię, ale naraża na wiele niebezpieczeństw i niepotrzebnych traum.


O autorze / O autorce
Marcin Punpur

Z jedynego testu psychologicznego jaki w życiu zrobiłem wyszło, że jestem typem „badacza” (questioner). Gretchen Rubin, autorka tego testu, a w zasadzie quizu, charakteryzuje mój typ jako osobę kwestionującą zewnętrzne oczekiwania oraz szukającą informacji, wyjaśnień i uzasadnień różnych kwestii na własną rękę. Nic dodać, nic ująć!

%d bloggers like this: